wtorek, 15 stycznia 2013

W przypływie złości

To co teraz napiszę jest wyrazem mojej rosnącej frustracji, a zarazem pogardy dla moich rodziców (a zwłaszcza mamy). Im więcej czytam na temat zdrowego życia, nawyków żywieniowych itp, tym bardziej boli mnie ich podejście do tego tematu.

Mieszkam z rodzicami i nie mam już własnych dochodów. W związku z tym jestem totalnie uzależniona od ich decyzji.
Mama jest totalnie niewpływowa na moje prośby i porady. Ona zawsze wie lepiej i żaden argument do niej nie przemawia. Ostatnio nawet próbowała mnie przekonać że frytki wcale nie są bardziej kaloryczne od ugotowanych ziemniaków.

Głównym tematem naszych sprzeczek jest właśnie jedzenie. Po każdej wizycie w sklepie w domu pojawiają się słodycze. Leżą wszędzie pootwierane. Wchodząc do kuchni, czy do gościnnego zawsze znajdziesz wołającą Cię czekoladę, miskę pełną krówek albo paczkę maślanych ciasteczek. Kiedy wieczorem wracam do domu głodna, porażka gwarantowana. W ciągu ostatniego tygodnia 3 razy prosiłam ich, żeby nie kupowali słodyczy, bo to się je tylko dlatego "że są". Oczywiście w siatkach z zakupami znalazłam dzisiaj jakieś draże, dżem, zapas snickersów i czteropak drożdżówek -.- Żadnych owoców, a o warzywach nie wspomnę. Te pojawiają się w naszym domu bardzo okazjonalnie. Zwykle znajdziesz u nas tylko ziemniaki i marchewkę. To są ludzie, którzy potrafią wypić 12 litrów coca coli w tydzień. Cudem udało mi się ich namówić na regularną zgrzewkę wody do pokoju.
Lodówka przepełniona jest słoikami. Dżemy, sosy, śledzie w oleju..
Ostatni hit: nieupieczone ciasto na bułki, smażone na patelni po kotletach, podawane na talerz jako dodatek do ziemniaków :]  nawet nie w zamian.
Nie wiem już jak mam z nimi rozmawiać. Najgorsze jest, że oni zapychają się takim świństwem, a potem wielce głodują, bo grubi...
To wszystko sprawia, że wszelkie diety i ograniczenia są bezskuteczne, a ja ciągle czuję się w tej kwestii słaba.

4 komentarze:

  1. Jestem w sumie w podobnej sytuacji co Ty chociaż ostatnio tata gdy robi zakupy to kupuje mi to co mu zapiszę, ale i tak większość pieniędzy wydaję niestety na jedzenie : ( Najgorzej jest chyba gdy jadę w odwiedziny do rodziny i wtedy po prostu nie mam co jeść oprócz samej niezdrowej żywności a gdy mówię, że staram się jeść zdrowo to słyszę tylko, że dostanę anemii, albo że od 3 gołąbków nie przytyję : P Z czasem jednak jest co raz lepiej więc to jest chyba jedynie kwestia przyzwyczajenia swojej rodziny do swoich nowych nawyków żywieniowych : D

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuję Ci tej sytuacji... Ja mam to szczęście, że moja mama także walczy z wagą i jakoś razem się wspieramy ;). Często robi sałatki, coś na parze, itd. Dodatkowo codziennie ćwiczy, więc mam dodatkową motywację. Przecież skoro moja mama może to ja też!

    Nie patrz na rodziców, niech jedzą jak chcą, a Ty się nie poddawaj i nie ulegaj. Dasz radę ;).

    PS: Szkoda, że nie masz 'obserwowanych', z chęcią bym Cię dodała, żeby wiedzieć kiedy dodajesz nowe posty...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, to nieciekawie. Ja na szczęście już na studiach zamieszkałam we własnym mieszkaniu więc problemu nie było. Zresztą i tak nie było bo moja Mama lubi zdrowe jedzenie i nawet mój wegetarianizm znosiła dzielnie od liceum ;) Teraz mieszkam z moim M. i wciąż gotuję zdrowo a On nie marudzi ;) Jak ma ochotę na smażony bekon, to sam sobie robi. Jednak czasami w skelpie się skusi na największy słoik Nutelli i wtedy i ja ulegam ;)

    W Twoim wypadku najlepiej by było znaleźć jakąś pracę, byś miałam własne pieniądze zdrową żywność. Nawet na pół etatu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest trudno ale zawsze cos mozna wymyslic.Musisz postarac sie znalezc jakąś prace dorywczą która zapewni Ci minimalne zarobki. Chociazby praca w weekendy,proste wykładanie towaru,hostessa na promocjach. Ja tak dorabiałam na studiach. Dzieki temu zdobedziesz troche swojej niezależności i sama bedziesz kupować to co dla Ciebie dobre. Zawsze jest jakies wyjscie:)

    OdpowiedzUsuń